TROCHĘ...
TROCHĘ SAMODZIELNOŚĆ Po kilku miesiącach Wojtek uporał się jakoś z zaległościami w papierzyskach kolegów. Segregatory Kor-wacza i Mokiela mogły być wzorem urzędniczej dbałości. Starannie wpięte papierki, spisy zawartości, na okładkach wykaligrafowane sygnatury. Wygodny był dla nich taki pomocnik. Odwalali za niego całą robotę operacyjną, ale nikomu się nie przyznawali, żeby go nie utracić. — Poczytaj sobie lepiej — podpowiedział Józek Korwacz. Wręczył Wojtkowi segregator. Jakieś maszynopisy, powielane dokumenty. Wademekum przyszłego kontrwywiadowcy. Afera szefa c.k. pułkownika Redlą. Był kierownikiem austriackiego wywiadu, a pracował dla Rosjan. Opis sprawy legendarnej Maty Hari i Frau-lein Doktor i tak dalej aż do czasów ostatniej wojny. Pasjonująca lektura. Pobudzała fantazję. Była też znajoma relacja z procesu agenta wywiadu, Doboszyńskie-go. Endecki działacz przybył nielegalnie do Polski w 1947 roku, by po nieudanych akcjach poprzedników montować tu grupy konspiracyjne na bazie politycznych przyjaciół i niektórych środowisk katolickich. Aresztowano go w lipcu. Wyszły przy tym pikantne historie. Prasa nadała im rozgłos. Skrajny antysemityzm. Do-boszyński uważał, że za wszystkie nieszczęścia Polski odpowiedzialni są Żydzi. Po wyzwoleniu Doboszyński ukrywał się w klasztorze na terenie Zebrzydowic. W kościele na Obidowej przechowywał broń i radiostację. Był opis sprawy Tatara i innych. Ci byli oskarżeni o spiskowanie przeciwko kierownictwu Ludowego Wojska Polskiego oraz przygotowywanie przewrotu w porozumieniu z organami wywiadu brytyjskiego.